In order to view this object you need Flash Player 9+ support!

Get Adobe Flash player

Powered by RS Web Solutions


Zakładka poświęcona
poszukiwaniom, lokalizacji
i badaniom sierpeckiego zamku!



Partnerstwo i współpraca




Wspomnienia mieszkańców: Przeżyli wojnę pod ziemią
wtorek, 13 stycznia 2015 08:25

Styczeń 1945 r., koniec II wojny światowej, Budy Piaseczne (ob. gmina Zawidz), gospodarstwo Juliana i Genowefy Kędzierskich. W obejściu mnóstwo żołnierzy Armii Czerwonej, na podwórzu, w domu. Strzelają w powietrze. Nie wiadomo czy na wiwat, czy na postrach. Szesnastoletnia córka Juliana, Teodozja, wspomina, że się strasznie bała. Do dowódcy podszedł młody Żyd, jeden z czwórki, której gospodarz udzielił schronienia podczas wojny. Nadchodzących Rosjan wypatrywał od rana. Teraz powiedział krótko, wskazując na Juliana - „ten pan mnie ukrywał”. Rozmawiali może dwie minuty. Rosjanie poszli dalej za frontem, Żydzi wyjechali do Sierpca, następnie dalej „w świat”.

Dla czerwonoarmisty na pewno nie bez znaczenia był też fakt, iż pod koniec 1944 r. Julian Kędzierski udzielił schronienia dwóm żołnierzom radzieckim. Lejtnant (porucznik) i sztarszyna (sierżant) prawdopodobnie zbiegli z obozu, podobnie jak dwóch innych, którym pomocy udzielił inny gospodarz - Witold Ostrowski (członek Armii Krajowej ps. „Czarny”).

Zdanie „ten pan mnie ukrywał” mówi wiele o samym Julianie Kędzierskim oraz jego żonie którzy na taki krok się zdecydowali. Wszak w okupowanej Polsce, jako jedynym europejskim kraju, za pomoc Żydom groziła śmierć - zarówno samym ukrywającym, jak ich rodzinom, a bardzo często także sąsiadom. Nie mówi jednak nic o samych okolicznościach wydarzeń, a te są zdecydowanie sensacyjne.

Uciekinierzy

Julian Kędzierski nie planował ukrywania kogokolwiek. Skąd miał wiedzieć, że podczas okupacji od niego i jego rodziny będzie zależeć los pięciu ludzi. Pięciu, ponieważ poza wspomnianą czwórką Żydów, z kryjówki korzystał także jego syn, Antoni.

A zaczęło się przypadkiem. Od spotkania z Szymonem Czarnoczapka. Po siedemdziesięciu latach tak wspominała to Teodozja Asztemborska:

(...) ukrywał się. On zaszedł do Żabowa, do siostry (...) a nie ma już nikogo, bo zabrali do getta, do Sierpca. (...) on musi uciekać, bo zaraz jego złapią. Nie wie, gdzie ma iść. Idzie przed siebie. Z tatusiem moim spotkał się, ten Żyd. „Panie Szymku, gdzie pan idzie”, „przed siebie idę”. „No idzie pan ze mną. Panie Szymku, pan idzie ze mną”. No to jak on z tatusiem przyszedł do nas, przyprowadził jeszcze siostrę swoją i brata. To było ich dwoje, rodzeństwo, ci bracia, siostra trzecia i jeszcze obcego dowołali sobie. Ojciec mówił, że jakiś szwagier, ale to był obcy całkiem (...).

Była to trójka rodzeństwa: Szymon, Hana i Abram Czarnaczapka, najprawdopodobniej mieszkali w Koseminie. Szymon, według informacji zawartych w korespondencji powojennej, miał skład zboża w Siemiątkowie od 1933 r., zatrudniał 3 robotników oraz buchaltera o nazwisku Mosze Kamzel. W liście ze stycznia 1969 podał ponadto, że skład „był na Ziółkowskiego”1. Hana po latach wspominała nazwiska sąsiadów: Gadomscy, Zielińscy. Z tym, że w jednym z listów po wojnie użyła określenia „moje rodzinne Stopi". Albo błąd pisowni (może chodziło o „strony”), albo faktycznie miała na myśli inną miejscowość. Być może Stopin. Tyle tylko, że to ok. 20 km od Kosemina, i ok. 30 km od Siemiątkowa, gdzie jej brat miał mieć skład zboża. Liczne błędy i przeinaczenia w korespondencji sugerują jednak, że mamy do czynienia z błędem w zapisie.


Szymon Pasternak (Czarnaczapka)
z żoną i synami.
Toronto, 29 marca 1960 r.

Hana Czarnaczapka.


Czwarta osoba, mężczyzna, prawdopodobnie nosił nazwisko Bramson. Według Teodozji Asztemborskiej mógł to być partner Hany. Choć z drugiej strony był odbierany jako nieprzyjemny w kontakcie, małomówny. Sama Hana w liście z 11 marca 1950 Bramsona określiła z jakiegoś powodu jako „fałszywego człowieka”. Nie utrzymywała też z nim jakiegokolwiek kontaktu od chwili wyjazdu z Sierpca. Wspomniany wcześniej epizod z chwili wyzwolenia, kiedy oczekiwał Rosjan, sposób zachowania, a także jego zachowanie tuż po wyzwoleniu może sugerować jakieś powiązania polityczne. Z drugiej strony - on jedyny wówczas głośno powiedział o tym, że polska rodzina im pomogła.

Syn Juliana, Antoni, początkowo ukrywał się, kiedy został wyznaczony do wyjazdu „na roboty” do Niemiec. Kiedy w końcu zgłosił się na wezwanie, został aresztowany i osadzony w obozie w Działdowie. Zbiegł z niego po sześciu tygodniach2. Kilkanaście dni przedzierał się lasami do domu. Zjawił się brudny, zawszony, całe ubranie miał podarte. Do końca wojny ukrywał się razem z czwórką Żydów. Pięć osób na niecałych 4 m². 1,5 m pod powierzchnią ziemi.

Schron

Według relacji, kryjówka była przygotowana bardzo dobrze. Młodzi ludzie ukrywali się w specjalnie przygotowanym podziemnym pomieszczeniu, można powiedzieć bunkrze. Jego mieszkańcy spędzali tam całe dnie, schronienie opuszczali głównie w nocy lub po zmierzchu. Przez cały okres wojny może kilka razy odważyli się wyjść w ciągu dnia. Zamaskowane wejście znajdowało się w podłodze drewnianego wychodka na tyłach zabudowań, tzw. „sławojce”.

Ten swoisty bunkier umiejscowiono się na głębokości ponad 1,5 metra. Czemu tak głęboko? Aby zabezpieczyć się przed przypadkowym wykryciem, czy zawaleniem. Niemcy dostawali informację o innych tego typu schronach w innych gospodarstwach. Wówczas nakłuwali ziemię bagnetami bądź specjalnymi szpikulcami. Jeśli było płytko kopane, natrafiano na deskę z sufitu. Ponadto wśród mieszkańców krążyła opowieść, że w jednym z pobliskich gospodarstw podobny schron po prostu zapadł się pod niemieckim żandarmem.

Jak kryjówka wyglądała wewnątrz? Według Teodozji Asztemborskiej panowała straszna ciasnota, pięć osób leżało jeden obok drugiego. Powierzchnia ok. 1,5 m x 2,5 m.

Budy Piaseczne, gospodarstwo Kędzierskich.
Mniej więcej w tym miejscu znajdować
się miało wejście do kryjówki.

Kędzierscy nie tylko zapewnili schronienie, ale i wyżywienie, opierunek.

- Jak ugotowaliśmy tym Żydom to troje, albo dwoje nas szło. - wspomina Teodozja Asztemborska - Jedno niosło garnek z talerzami, drugie [patrzyło] czy żandarmi gdzieś nie jadą i jeszcze tam trzecie, na czujkę. Jakoś się udało, że w tym czasie nie było [nikogo]. Nie przyjechali, nie wypatrzyli, że my tam nosimy im te jedzenie.

Zdarzało się, że Hana podczas sprzyjającej pogody sama robiła pranie, zaś nastoletnia Teodozja stała na czatach. Ze względów bezpieczeństwa częściej jednak zajmowały się tym Polki, Hanie zaś nakazywały się ukryć.

Na pytanie o to, czy Żydzi mieli jakieś pieniądze na zakup jedzenia, pani Teodozja odpowiedziała krótko: „jakby mieli i nie mieli, to my ich żywili”.

Kryjówkę po wojnie zaraz zasypano. Drewniana sławojka, w której było wejście, została rozebrana najpóźniej na początku lat 60. XX w., tak więc trudno ustalić dokładne położenie schronu. Zaprzyjaźniony archeolog Wiesław Małkowski, poproszony o ewentualne wskazówki co do badań za pomocą magnetometru, wykluczył taką możliwość ze względu na przebiegającą w pobliżu sieć elektryczną, która na pewno zakłóci pomiary.

Historia bunkra jednak nie skończyła się od razu z zakończeniem wojny, wyjazdem Żydów i zasypaniem schronu. W grudniu 1947 r. służby bezpieczeństwa otrzymały donos, że Kędzierscy pod ziemią ukrywają partyzantów antykomunistycznych. Po latach Teodozja Asztemborska wspomina to bardziej jak anegdotę:

„(...) w grudniu Boże Narodzenie przychodziło. I obława była u nas tych z wojska komunistycznego. Kopali gdzie było schronienie (...) bo tu jest donos, partyzantka. Zaczęli kopać, a inni, bo było dużo tego wojska (ja ubierałam choinkę i śpiewalim przy choince), niektórzy śpiewali przy choince, a drudzy szli kopać. To kopali na zmianę, szukali partyzantów, że gdzieś tam w kryjówce są.

Kryjówki nie znaleźli, bo już jej nie było. Aresztowali jednak Antoniego i jego brata Edmunda... za posiadanie nielegalnej wódki. Na szczęście obaj zostali zwolnieni.

Nocne prace

Jak już wspomniano, nocą, czasem o zmierzchu, uciekinierzy opuszczali kryjówkę. Imali się każdego zajęcia, czemu nie ma się dziwić, po kilkugodzinnym bezruchu pod ziemią.

Z tego powodu czasem dochodziło do sytuacji groźnych, czasem zabawnych.

Antoni Kędzierski (junior) zapamiętał z opowieści rodziców wydarzenie, które mogło skończyć się tragicznie dla wszystkich:

Babka wysyłała stryja Edmunda czyli ojca mojego brata [Antoniego] po drewka. A zrobili tutaj płot nowy, bo budynki musiały być ogrodzone, [musiał być] porządek [a co za tym idzie, przesunięta została furtka wejściowa]. Stryj nie chciał iść po te drewka. Nie, mówi, nie idę, nie chcę. A to niech matka idzie, a to niech ten idzie... A Szymek mówi: „toć jak mama prosi, a ty nie pójdziesz, to ja pójdę”.

Dobrze, że wyszedł - żandarmy przy bramce szukali tej furtki - bo byli naszli i tego Żyda capnęli. Ten tak chyłkiem chyłkiem za domem przez płot przeskoczył i uciekł z tyłu.

Innym razem, podczas żniw, nocą wiązali skoszone zboże w snopki i ustawiali w stygi. To zresztą również okazało się dość ryzykowne, ponieważ wzbudzało zainteresowanie okolicznej ludności. W sumie trudno było nie zauważyć, że wieczorem na polu zostawało ścięte zboże, rano zaś są poustawiane okazałe stygi.

Witold Ostrowski wspominał po latach:

(...) [szliśmy] tam z Kosemina, to było w nocy o godzinie 1 czy którejś i taki szum słyszymy (...), mówię od czego to może taki szum być, wyszliśmy tam zaraz, bo to prosto tam na górkę, patrzymy - a to oni w nocy (...) pracowali. No bo w dzień się bali i pracowali u pana Kędzierskiego (...) to żniwa były.

Kiedy podczas rozmowy padło pytanie, czy coś może powiedzieć o ukrywających się Żydach (razem z żoną otrzymał w 1994 r. tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” za ukrywanie Róży Grynbaum), Witold ze śmiechem odpowiedział „Pan Kędzierski może powiedzieć”.

Koniec wojny

Kiedy przeszedł front, czwórka Żydów wyjechała do Sierpca. Zatrzymali się w domu rodziny Chodorowskich, przy ul. Narutowicza, wówczas cały czas nazywanej jeszcze przez wielu mieszkańców Stodólna. Część pomieszczeń na piętrze była wynajmowana na działalność organizacji żydowskiej, zajmującej się organizowaniem wyjazdu Żydów za granicę.

Według relacji Józefa Piotrowskiego, którego wujenką była dr Honorata Chodorowska, grupa ta przygotowywała i ułatwiała wyjazd Żydów przyjeżdżających z ZSRR do Austrii.

Dom rodziny Chodorowskich przy ul. Narutowicza.
Tu miał się znajdować punkt przerzutowy Żydów do Austrii i Palestyny.

Charakterystyczne były długie posiedzenia, awantury, krzyki itp. Pan Sajewski z Kosemina wspominał, że w tym samym domu rezydował rejent, czyli notariusz. Szymon Czarnaczapka miał tam zawrzeć umowę sprzedaży ziemi należącej do niego - kilka morgów w Koseminie. Po transakcji jeden z Żydów, prawdopodobnie właśnie ów Bramson, miał Szymonowi grozić bronią i żądał pieniędzy. Uspokoić go miała jego przyjaciółka, czy dziś powiedzielibyśmy „konkubina”... Hana Czarnaczapka.

Teodozja Asztemborska wspominała, kiedy razem z matką odwiedziły swych dotychczasowych podopiecznych w Sierpcu w domu Chodorowskich, przywożąc jedzenie, że Nie obchodziło ich, że my tam zajechali, nie obchodziło ich nic. Potem to tak „Kochani rodzice” pisał.

Można jedynie domyślać się, jak zakończenie wojny, odkrycie zbrodni niemieckich i żal do świata o to co się stało, wpłynęły na psychikę i zachowanie młodych Żydów. Dopiero późniejsza korespondencja pokazuje wielką wdzięczność i radość. Zwrot „kochani rodzice” używany był przez Szymona prawie w każdym liście.

Teodozja zapamiętała też innych rezydentów w domu Chodorowskich. Wszyscy przyjezdni, młodzi, około trzydziestu lat. Nieprzyjemni, wręcz nieprzyjaźni. Nie rozmawiali w ogóle po polsku. Potwierdza także, że był to punkt organizujący wyjazdy do Palestyny. Kojarzy jej się, że młodzi Żydzi mieli broń.

Podczas tej wizyty w domu przy ul. Narutowicza widzieli się ostatni raz z rodzeństwem Czarnaczapka.

Wdzięczność i urwany kontakt

Abram prawdopodobnie zmarł zaraz po wojnie.

Szymon i Hana wyjechali z Sierpca ok. 1946 r.

Hana, jako Hanka Lang, w styczniu 1949 r. napisała list do Kędzierskich ze Szczecina. Jako adres kontaktowy podała ul. Kołłątaja 24 m 20. Nie podała imienia męża, jedynie jako „S.Lang”.

W liście z 11 marca 1950 pisała, że „czekają na paszporty i będą chcieli wyjechać do Izraela”. Podobno zmarła w Izraelu.

Hana Lang (Czarnaczapka) z mężem.

Szymon Czarnaczapka wyjechał do Kanady. Zmienił nazwisko na Pasternak, czy właściwie przyjął nazwisko panieńskie swojej żony.

Cały czas pisał do Kędzierskich, jednak z dziwnego powodu listonosz dostarczał korespondencję do... Józefa Kędzierskiego, nie do Juliana. Dopiero po śmierci Józefa sytuacja się rozjaśniła i Kędzierscy, już ci „właściwi”, nawiązali ponownie kontakt z Szymonem.

Każdy list rozpoczynał zdaniem „Drodzy Rodzice”. Ostatni wysłany z Toronto w 1969 r. Poza podziękowaniami, krótkimi informacjami, prosił o wysłanie potwierdzenia, iż był właścicielem składu zboża w Siemiątkowie.

Zmarł podobno w 1979 r., jeden z jego synów mieszka cały czas w domu rodziców w Toronto - na sam koniec dodał Jarosław Kędzierski.


Fragment listu Hany Lang (Czarnaczapka) z 11 marca 1950r., w którym być może podała rodzinną miejscowość (zachowano układ słów, poprawiono pisownię):

(...)proszę nam napisać co słychać
u Tosi. Czy męża ma dobrego.
Proszę nam napisać, czy Gadomski żyje
i jak Gadomski, i jak pan Zieliński.
Bo jak sobie wspomnę swoje strony,
to mnie duży żal ogarnia. Moje rodzinne
Stopi
. Bardzo tęskno i żal, i smutek
(...)

Fragment listu Szymona do rodziny Kędzierskich.
Zwrotu „Moi drodzy rodzice”, „moi rodzice”
używał prawie w każdym liście.


We wspomnieniach zatarły się konkretne daty. Teodozja Asztemborska nie była w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy rodzeństwo zjawiło się w ich gospodarstwie.
Każdy rok wydawał się jej wiarygodny, jedyne czego była pewna, to że nie miało to miejsca później niż w 1942 r.

Przytoczona relacja o wywiezieniu rodziny Szymona do sierpeckiego getta pozwala określić daty graniczne - getto założono oficjalnie na przełomie marca i kwietnia 1940 r., w styczniu 1942 r. zostało całkowicie zlikwidowane. Sierpeccy Żydzi w większości zostali wywiezieniu już 8 XI 1939 r., w ich miejsce zwożono właśnie okolicznych Żydów.

Syn Antoniego, także Antoni, podawał, że ojciec przekazywał, iż ukrywał się „dwa lata, dwa i pół” - a więc od połowy 1942 r.. Biorąc pod uwagę fakt, że korzystał z już istniejącego schronu, w styczniu 1942 r. getta już nie było, zaś zimą nie sposób było przygotować podziemną kryjówkę, Żydzi w gospodarstwie Kędzierskich nie mogli pojawić się później jak latem 1941 r. Jednak biorąc pod uwagę prowadzoną politykę Niemców wobec ludności żydowskiej, trudno zakładać, że czekaliby aż tak długo z wysiedleniem. Lato 1940 r. wydaje się więc jak najbardziej wiarygodne.


Podczas rozmowy z Teodozją Asztemborską.
Od lewej: syn Teodozji Wiktor Asztemborski,
Teodozja Asztemborska, Antoni Kędzierski, Jarosław Kędzierski.

Informacje wykorzystane w artykule pochodzą z przekazów ustnych oraz z zachowanej dokumentacji.

Przekazali je: wnuk Juliana, Antoni Daniel Kędzierski oraz jego syn Jarosław (udostępnili jednocześnie zachowaną korespondencję oraz fotografie); świadkowie opisywanych wydarzeń: Witold Ostrowski, podczas wojny członek AK ps. „Czarny”, mieszkaniec Kosemina nazwiskiem Sajewski, mieszkaniec wsi Jaworowo Jastrzębie Jan Jaworski. Córka Juliana Kędzierskiego, Teodozja Asztemborska, która w dniu wybuchu wojny miała 11 lat dobrze pamięta ukrywających się Żydów. Podczas kilkugodzinnego spotkania potwierdziła wcześniej uzyskane informacje, podając jednocześnie ogromną ilość nowych danych. Wiele z nich stanowi bazę informacyjną dla kolejnych artykułów i prac badawczych.

TOMASZ KRUKOWSKI


1 Można domniemywać, czemu jako oficjalny właściciel składu figurował Ziólkowski, zapewne Polak. Być może zaważyły na tym wydarzenia w III Rzeszy, gdzie od 1 IV 1933 prowadzono oficjalny bojkot sklepów i zakładów żydowskich - duży odsetek mieszkańców Siemiątkowa stanowiła ludność pochodzenia niemieckiego, sympatyków polityki Hitlera. Ponadto w Polsce także powoli nabierała rozpędu polityka bojkotu żydowskich firm, zgodnie z zasadą „swój do swego po swoje”.

2 Być może to ocaliło mu życie - obóz w Działdowie był obozem koncentracyjnym i przejściowym. Znane jest ponadto wydarzenie z sierpnia 1940 r., kiedy to właśnie z obozu w Działdowie Niemcy przewieźli do Sierpca 43 osoby. Nad rzeką, w okolicach tzw. „glinek”, w pobliżu dzisiejszej ul. Mickiewicza, ludzie ci zostali rozstrzelani. Przeżyła jedna osoba.